Druga rzecz, która decyduje o naszym życiu, może najcenniejsza to pasja. Człowiek bez pasji nie żyje. Chodzi o jakiś zachwyt światem, drugim człowiekiem. I trzecia rzecz to sens. Każde działanie wymaga poczucia sensu. Jeśli jestem sprzątaczem, a będę myślał, że powinienem być profesorem, to tracę sens. Bo jako sprzątacz mam wysprzątać jak najlepiej, dzięki temu może jutro będę robił coś innego.
(..) Ale drogę od małego wytyczałem sobie sam, choć przy pomocy innych oczywiście. Najważniejsi moi mistrzowie to poznani w młodości Różewicz i Konrad Swinarski. Szacunku czy może raczej pozytywnego stosunku do siebie nabrałem, gdy miałem 14 lat. Byłem w wojsku i, proszę pani, zrozumiałem, że jestem sam. I że muszę żyć. Od tamtej pory nigdy od nikogo niczego nie oczekiwałem.
- Ale zanim pan do tego doszedł miał pan dwie próby samobójcze.
- To była jakaś czarna dziura. Miałem 13 lat, ojciec umarł, w matce nie maiłem oparcia. W domu bieda, matka bezradna, nigdy wcześniej nie pracowała. Przez ocenę z zachowania nie przyjęli mnie do liceum, to był cios poniżający. Takiego stanu już nigdy potem nie przeżyłem. Położyłem się na torach przy dworcu w Gliwicach ale pociąg przejechał po torach obok. No to chciałem się powiesić na słupie, spłoszył mnie kolejarz. Pan Bóg widocznie chciał żebym żył. Dzisiaj jestem wyrozumiały dla młodych ludzi, wiem, co to znaczy, kiedy człowiek się konstruuje, jaki to trudny proces.
- I wojsko zrobiło z pana człowieka?
- Do wojska poszedłem po tych próbach, mając 13 lat. Po dwóch latach wyszedłem jako 45-letni mężczyzna. Zrozumiałem, że jestem mocny. Decyzję zerwania z wojskiem podjąłem sam. To największy prezent jaki dostałem od losu, choć nikt takiego prezentu sobie nie życzy. Od tamtej pory w sytuacjach kryzysowych daję sobie radę. Nie boję się siebie, swojej słabości, dzięki czemu nie boję się innych.
(..) Łomnicki mówił, że człowiek musi siebie wymyślić. Ja to zapamiętałem ,ale minęły lata i pomyślałem, że nie wymyślić siebie ale odnaleźć siebie.
Człowiek nie tyle uczy się na błędach, ale zbiera blizny, które pomagają mu zrozumieć siebie i innych. W swojej pracy nad rolami czerpię z tego co przeżyłem. Nie uważam, że los mnie krzywdził, choć po śmierci ojca byłem głodny, nie miałem łyżew, rowerka, nie nie miałem. Ale za to matka od piątego roku życia zabierała mnie ze sobą do teatru. (..) Dzięki matce uwielbiam operę, moja ulubiona to "Rigoletto" . Mam słabość do błaznów a także do klaunów i ludzi cyrku.
Rodzice nie pasowali do siebie. Matka była energiczna a ojciec wyciszony. Chodził ze mną na spacery na dworzec w Gliwicach, kochałem kolej, kocham do dnia dzisiejszego. (..) Bardziej związany bylem z matką - na dobre i na złe. Była silniejsza niż ojciec. Ojciec najchętniej wziąłby wózeczek i wrócił piechotą do Lwowa. (.. ) Umarł w 1955, miał 64 lata. Młody był. Chciał popelnić samobójstwo ale nie zdążył.
(.. ) Dla mnie jest ważne, że coś ugotuję, poczytam książkę, posłucham muzyki, z kimś porozmawiam - z tego układam swój sens nawet jeśli czasem mam wątpliwości. Wiem, że nigdy nie zrozumiem świata i tego, po co jesteśmy, ale nie jesteśmy po nic.
(..) Jestem mały w mojej wierze. ale mam potrzebę Boga. Może jako wyznacznika czegoś, żeby nie zbłądzić. Nie wiem. (..) Trzeba próbować żyć pięknie. Nie spieszyć się (..)
Wojciech Pszoniak - aktor ur w 1942 r. we Lwowie
więcej - artykuł "I tak pani nie zdąży" w Gazeta Wyborcza sobota-niedziela 4-5 lipca 2015
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz